Wczoraj trafiłam na bardzo fajny blog www.senmai.pl, gdzie autorka raz w miesiącu zamieszcza wyzwania blogowe. Fajna sprawa, od razu sobie pomyślałam i postanowiłam dołączyć, tak eksperymentalnie, zobaczymy czy się sprawdzi no i czy Wam się spodoba.

Wyzwanie w tym miesiącu polega na opublikowaniu 5 postów :

1. Historia z przeszłości.
2. Rodzinnie (zdjęcie).
3. Co blogowanie zmieniło w moim życiu.
4. Jestem egoistką, bo …
5. Ulubione miejsce w moim mieście (zdjęcie).

słabe punkty nie istniają

A więc dziś „Historia z przeszłości”, ZACZYNAMY!

Słabe punkty nie istnieją

Długo zastanawiałam się o czym by tu napisać, historii w mojej głowie naroiło się chyba sto. Postanowiłam jednak napisać o wydarzeniu budującym, które miało miejsce nie tak dawno temu, już w Bahrajnie.

Przyjechałam tu żeby pracować w recepcji. Jak się później okazało marnym miejscu, z właścicielem, którego zwykłam nazywać „Największym Idiotą Na Świecie”. No cóż zdarza się. Po pół roku ów NINŚ zrobił mi największą przysługę jaką mógł, czyli zwolnił mnie z pracy i chwała mu za to, w końcu zrobił coś dobrego.

Nie załamałam się wcale, wręcz miałam sobie za złe, że go nie ubiegłam, no ale może jeszcze bym z tym zwlekała, gdyby nie jego przysługa. W każdym razie stało się. I co dalej? Jestem w obcym kraju, bez pieniędzy, dachu nad głową, a w paszporcie pieczątka i 30 dni na opuszczenie kraju, którego opuszczać nie chciałam i nie zamierzałam.

Wzięłam się za natychmiastowe szukanie pracy. W ciągu dosłownie kilku dni dostałam pracę jako przedstawicielka handlowa!

Ja, która zdała prawo jazdy za 5 razem, mając przerwę w prowadzeniu samochodu ponad 3 letnią. Zrobiłam prawo jazdy w kilka tygodni przed wyjazdem do Bahrajnu, w momencie wyjazdu jeszcze go nawet nie miałam, dosłała mi je moja mama.

Mój angielski nigdy nie był super. Więc nagle wszystkie moje słabe punkty: dopiero co rozpoczęta kariera kierowcy, w całkiem nowym kraju, w którym na początku ciągle się gubiłam, bo dobrze go nie znałam. Z angielskim jako odwieczną piętą Achillesa, stałam się osobą, która za pomocą tych właśnie słabych punktów zarabia na życie !

Kiedy wsiadłam za kierownicę mojego nowego służbowego samochodu, przemierzyłam kilkanaście kilometrów , w całkiem nowym kraju, weszłam na rozmowę z klientem, po angielsku ! I co? Osiągnęłam swój target sprzedażowy! Pozyskałam całkiem nowego, bardzo dobrego klienta! Byłam z siebie tak cholernie dumna i wtedy właśnie poczułam, że mogę wszystko! Że takie „słabe punkty” to jest nic, a wręcz możemy je wykorzystać na swoją korzyść, a z czasem staną się naszymi plusami. Poczułam, że nie mam w zasadzie żadnych ograniczeń, a to co wydaje mi się słabym punktem istnieje tylko w mojej głowie i jak najszybciej muszę się tego pozbyć.

Dziś znam Bahrajn jak własną kieszeń, prowadzenie samochodu nie sprawia mi najmniejszego problemu, a swój angielski oceniam jako świetny i uczę się arabskiego. A wy co myślicie, czy słabe punkty istnieją, czy wszystkie ograniczenia są tylko w naszych głowach?