O karmieniu piersią słyszałam dużo choć dopiero od niedawna mnie to dotyczy. Nigdy nie rozumiałam opowieści moich koleżanek o terrorze laktacyjnym, wydawało mi się, że karmienie piersią jest naturalne, podobnie jak poród “silami natury” to coś wpisanego w nasza fizjologię. Ale będąc już w ciąży zapytana czy będę karmić piersią odpowiadałam “chyba tak” lub “zobaczymy”. Przestraszona opowieściami nie wiedziałam po prostu czy będę mieć pokarm i czy dziecko będzie ssało tak jak powinno, ale karmić piersią chciałam.

Dziś jestem dwa miesiące po porodzie i dalej nie rozumiem legend o terrorze laktacyjnym. Nic takiego nigdy mnie nie spotkało. Być może miałam wyjątkowe szczęście, a może odpowiednie podejście, nie wiem. Podeszłam do tematu bezstresowo. Będąc w ciąży czytałam sporo o noworodkach, bo pojęcia nie miałam najmniejszego, ale akurat karmienie piersią sobie darowałam, bo po co skoro nie wiem czy będę mogła karmić. I ta moja niewiedza chyba dobrze mi zrobiła. Nie czułam presji, stresu, nic. Wiedziałam, że jeśli będę mogła to moje dziecko będzie karmione piersią, ale jeśli z jakichkolwiek przyczyn nie będę mogła to cóż karmione piersią nie będzie. Jeszcze na sali porodowej ja pełna emocji, zanim jeszcze zdążyłam pomyśleć o karmieniu, moje dziecko samo znalazło sobie pierś i zaczęło ja ssać, ten odruch jest tak mocno wpisany w naturę ssaków, że poza nielicznymi przypadkami nie trzeba go uczyć.

Słyszę często, że któraś z dziewczyn bardzo chciała karmić ale ten stres i nagonka zewsząd  tak ja zestresowały, że nie dała rady. Jaki stres? Jaka nagonka? Po co? Po co słuchać i się przejmować? Moje dziecko, moje piersi. W życiu nie dałabym sobie mówić co mam robić i jak karmić dziecko. Nie chodzi o to, że jestem specjalistką w tej dziedzinie, bo nie jestem. Ale na pewno nie dałabym siebie zestresować do tego stopnia żeby nie być w  stanie karmić dziecka..

Owszem pierwszy miesiąc nie był najłatwiejszy, może nie tyle trudny technicznie co po prostu bolesny. Pierwsze dni to krew i strupy na brodawkach i oczywiście ból. Później nawał pokarmu, który wcale nie był taki straszny dzięki temu, że w szpitalu karmiłam młodego co chwilę. Pomogły ciepłe (przed) i zimne (po) okłady. Po kilku dniach nawał przeszedł, ból pozostał. Rany na brodawkach i ból utrzymywały się przez 4 tygodnie, założenie koszuli łączyło się z bólem. Ale nie był to ból nie do wytrzymania, dałam radę. Od miesiąca karmienie piersią to czysta przyjemność 🙂

Uwielbiam ten komfort i wygodę. Nie muszę kupować mleka, dzięki temu oszczędzam czas i pieniądze i co dla mnie również ważne, nie zaśmiecam środowiska odpadami po mleku. Nie muszę wyparzać butelek, przygotowywać jedzenia, podgrzewać itd. Pokarm mam zawsze przy sobie, nie muszę nosić butelek z jedzeniem kiedy wychodzimy z domu. Kiedy maluch zgłodnieje jedzenie jest pod ręką, w odpowiedniej temperaturze. Jest to bardzo wygodne, szczególnie dla takich leniuchów jak ja 🙂  Do tego zestaw pieluch wielorazowych i dziecko nie kosztuje nas kilkaset złotych miesięcznie, a jedynie tyle ile wydamy na ciuszki z secondhandu 😀

Podsumowując, według mnie terror laktacyjny nie istnieje, albo istnieje tylko w głowie ofiary takiego terroru. Rzecz jest prosta, to nie jest temat stresujący więc nie ma co się nim na siłę stresować. Możesz to karmisz, nie możesz to starasz się to zmienić, nie udało się to trudno, zdąża się, żyje się dalej. A na pytanie “karmisz?” odpowiedź “nie, głodzę” i po sprawie 😉

karmienie piersią